|
|
wtorek, 27 czerwca 2006
Gęsia
Trzeci, ostatni obrazek.
***
Na pierwszy rzut oka widać, że wyrzeźbił ją ktoś
nieźle znający swój fach, ale pozbawiony estetycznego wyczucia. Nie,
nie wygląda śmiesznie. Raczej smutno, z oczami nazbyt dużymi i wypukłym
nie tam, gdzie trzeba, policzkiem. Stopy ma jak przepołowione żołędzie,
łapki - ścisłe i wklęsłe jak łyżki, bez śladu palców. Ich brzegi ktoś pociągnął czerwoną farbą; mówcie co chcecie, ale nie przypomina to manicure'u.
Mimo to jest w niej coś miękkiego, zupełnie nie-drewnianego; ale czuje
to tylko Magda, gdy podnosi ją z półki. Tylko ona, bo zazwyczaj lalka
siedzi porządnie ukryta między książkami i nikt, nawet dobrzy znajomi
(przyjaciół Magda nie posiada) nie mają okazji jej poznać. A lalka
jest z tego zadowolona. Od kiedy zaczęła sobie zdawać sprawę ze swojego
istnienia, cierpnie na samą myśl, że ktoś oprócz Magdy miałby na nią
patrzeć. Obie są w familiarnych stosunkach i jej brzydota najwyraźniej
Magdzie nie przeszkadza, ale nie ma najmniejszego powodu, aby dzielić
się nią z innymi. Magda ze swej strony dba o zachowanie status quo. Po co ktoś miałby wiedzieć o tym, że ożywiła lalkę? *** Tego
dnia wracała do domu piechotą. Taka mała, jesienna fanaberia - dotrzeć
na Gęsią z Krakowskiej na nogach, mimo ulewy i wiatru. Szła przez
opustoszałe uliczki Kazimierza, coraz głębiej między brudne podwórka,
opadający tynk i zapach stęchlizny. Parasol kołysał się jak małe
drzewko na wietrze, kiedy stanęła na rogu i wyciągnęła dłoń, żeby
nałapać w nią deszczu. Ktoś przebiegł obok, chyba dziecko. I kopnął jej
pod nogi lalkę. Podniosła ją i obejrzała z zaciekawieniem. Na
ulicy akurat zapalano latarnie i lalka w tym pomarańczowym blasku
wyglądała jeszcze bardziej nieporadnie i żałośnie, niż zwykle. Magda
wyjęła zatem chusteczkę i wytarła ją do sucha. A potem owinęła drugą,
bo lalka była zupełnie naga. Wsunęła ją do kieszeni - sztywną i martwą.
Jednak kiedy położyła ją na stole w kuchni, gdy już zdjęła
płaszcz, odkręciła kurek ciepłej wody w łazience i odwiesiła parasol do
suszenia – poczuła ze zdziwieniem, że pod chustką bije słabiutko małe,
drewniane serce. *** Lalka mieszka na jednej z półek w sypialnianej szafie, zawsze zamkniętej. Nie zna pojęcia więzienie
i nie cierpi z tego powodu, że się w nim znajduje, jednak czasem pokusa
wyjrzenia poza zamkniętą, ciemną kryjówkę jest zbyt silna. Wtedy Magda,
widząc niemą prośbę w jej oczach, nie domyka drzwi. Uważa przy tym, by
wybierać dni, gdy nikt na pewno nie może złożyć im wizyty. Albo noce. *** Tamtej nocy szafa była lekko uchylona i lalka patrzyła na księżyc. Tamtej nocy, kiedy w domu pojawił się mężczyzna. Gdzieś
na peryferiach pamięci lalki kołatało - widziałam już podobne do tego
stworzenie; na obrazku w książce, którą czytała Magda, trzymając ją na
kolanach, a może na ekranie komputera? I chyba na fotografii nad tym
wielkim łóżkiem w pokoju lalki, gdzie Magda nigdy nie sypia,
zadowalając się tapczanem w pracowni. Gdyby teraz Magda była
tutaj, obroniłaby ją przed obcym! Tymczasem spała za ścianą i nie mogła
jej pomóc. Lalka postanowiła więc zamknąć oczy. Jeśli ona go nie widzi,
on nie zobaczy jej. Zasłoniła twarz łapkami. Tak dla pewności. Słyszała tylko, jak wychodzi z pokoju w ciemność, w Magdzine sny. ***
Od tamtej nocy Magda jest niespokojna. Wie, że ktoś był w jej domu, ale
policja nie chce pomóc. Nic nie zginęło, to prawda, ale świadomość, że
ktoś może wejść tutaj bez żadnych przeszkód, powoduje, że Magda stawia
ostrożnie na półce w kuchni buteleczkę z ciemnego szkła, pełną białych
krążków. Lalka przygląda się temu nierozumiejącym spojrzeniem. Po raz
pierwszy widzi kuchnię i bardzo by chciała, żeby Magda opowiedziała jej
o niej. Nie wie, jak się zachować, kiedy Magda chodzi nerwowo z kąta w
kąt i przestawia bez potrzeby kubki (kubki, na szczęście, są znajome),
nakłada coś na talerz i zaczyna dziobać widelcem, a potem nagle płacze
i zrzuca to na podłogę. Talerz rozbija się z hałasem, a lalka zamyka w
popłochu oczy. Uchyla powieki po kilku minutach. Ja go widziałam, próbuje powiedzieć, widziałam go, bałam się tak, jak ty... Magda kryje twarz w dłoniach. I nagle czuje sztywne dotknięcie drewna na swoim ramieniu. ***
Kiedy wszedł do pokoju po raz drugi, drzwi szafy były o wiele mniej
uchylone niż wtedy, gdy widziała go po raz pierwszy. Poznała go jednak.
W świetle lampy u sufitu był tak samo ciemny, jak w nocy, i lalka znów
zatrzęsła się ze strachu. Ale Magda wzięła go za rękę i posadziła na
łóżku, tam, gdzie zawsze siadała z lalką i książką na kolanach. Nie, to
nie było typowe. Mówiła też zupełnie inaczej, nie tym pewnym głosem,
którym wydawała polecenia i udzielała rad. Lalce przyszło na myśl, że
kiedy rozmawia czasem przez telefon, mówi podobnie. A potem idzie do
kuchni. Pewnie po buteleczkę.
Po ostatniej z tych rozmów
najpierw wpatrywała się w ciemne szkło, a potem zaczęła układać małe,
białe krążki jeden obok drugiego wzdłuż brzegu adamaszkowej narzuty na
łóżku w sypialni. Dużo ich było. Siedziały tak obie, patrząc na ten
sznureczek. Lalka była cierpliwa. W końcu Magda zrobi z nimi to, co zamierza i zabierze mnie do szafy, pomyślała. Jednak minęła godzina, dwie... Zegar
pokazywał już pierwszą w nocy i bardzo chciało się jej spać, kiedy
wreszcie Magda zebrała wszystkie do rąk i wrzuciła – jedną po drugiej –
do umywalki. Stuk, stuk, stuk i szum płynącej wody, który zagłuszał
szeptane do lustra słowa. Lalka była już jednak zbyt zmęczona, żeby o
tym myśleć. Zasnęła, kiedy tylko szafa zamknęła się za nią.
A
teraz był tu ten człowiek, przez którego nocną wizytę Magda kupiła nową
buteleczkę i być może znowu będzie siedzieć nad krążkami. Zmarszczyła w
zamyśleniu nos. Nie powinna się zadawać z tym ciemnym mężczyzną, który myszkował w ludzkich snach. Jednak nie powiedziała jej o tym. ***
Został na noc i tym razem nie wyszedł przez okno. Magda zdjęła narzutę
z adamaszku i zaprosiła go do pustego łóżka w sypialni, zatem lalka
mogła patrzeć na niego i na nią za dużymi, wypukłymi oczami z głębi
szafy. Oddychali spokojnie. Zasnęła, wsłuchana w ten oddech. ***
Dotąd nie miała snów – aż do tej nocy, kiedy dzieliła ciemność i sen z
mężczyzną. Teraz zobaczyła siebie na rogu ulicy. Nie wiedziała, co to
jest ulica, nie wiedziała, dlaczego wokół kręci się tak wielu ludzi.
Robiło się jednak ciemno, a ona pomyślała, że jest tu sama i bardzo
daleko od domu, a na jej brzydką twarz pada deszcz. I wszyscy mogą ją
zobaczyć - łysą głowę, za wielkie stopy, usta wybite jednym ciosem
dłuta w drewnianej czaszce. Wyciągnęła wklęsłą dłoń, nie wiedząc po co i do kogo, i schwytała w nią deszcz. ***
Rano Magdalena otworzyła szafę; lalka zmrużyła oczy, bo światło słońca
było ostre. Zamrugała powiekami. Stali tam oboje, ten ciemny człowiek i
Magda, i lalka poczuła, że serce zaczyna się w niej trzepotać z
niepokoju. Magda uśmiechnęła się do do niego. - Nie bój się - usłyszała jej głos. - Dotknij. Czujesz? Podniósł ją i przytrzymał przez chwilę. Lalka patrzyła na niego zdziwiona, kiedy wkładał ją delikatnie w ręce Magdy. - Tak.
Grodzka
Drugi z Rysunków na marginesach. Inna ulica, inna opowieść.
***
Dzwon na wieży wybija północ i o tej porze Owen
opuszcza swoje mieszkanie na ulicy, która przecina wpół Grodzką. Nie
znam jej nazwy i on także jej nie zna, a przynajmniej tak twierdzi,
może z powodu trudności ze zrozumieniem języka. W zawiłościach
polszczyzny czuje się tak samo obco, jak w przyswajanej w college'u
łacinie. Mieszkanie, które zajmuje, jest puste i chłodne. O
świcie trzeba wstać i dosypać węgla do pieca, a kuchnia i tak
przypomina mu wówczas o bezdrożach Snowdonii późną zimą. Mróz maluje
tandetne palemki na szybach, kiedy w czajniku zaczyna wrzeć woda. Za
oknem – studnia podwórza. Nad nią – małe, zimne słońce, wycięte z
białego światła. W pokojach - niewiele sprzętów. Na półkach –
wiele książek. I radio. Owen uczy młodych Polaków swojego ojczystego
języka, musi z nim zatem codziennie obcować, by nie stał się obcy. ***
Pora jest jeszcze wczesna, czeka go daleka droga - najpierw tuż pod
wzgórze, na które ktoś nasadził tę nieudolną kompilację architektury
obronno–mieszkalnej kilku wieków. Patrzy na nią zawsze z uczuciem
zawodu, wspominając zamki swojej rodzinnej ziemi, w których czas
zatrzymał się i zastygł, promieniując średniowiecznym majestatem. A tu
niespokojne odmiany czasu widać w każdej warstwie muru. Ten zimny kraj
jest zmienny nawet w tym, co winno być stałe. Jednak pogarda dla
niestałości miesza się w nim z zazdrością – choć nigdy się do tego nie
przyzna – gdy poznaje, że ten zamek żył. Zabalsamowane kamienne mumie
Walii nie zmieniły się na jotę. Jak muszle, w których śpiewa morski wiatr, nad zielenią łąk i zagajników. ***
Zdołał się już nauczyć, że jeśli numer linii rozpoczyna się od cyfry
sześć – jest to autobus nocny. Zatem wsiada, wyjmuje z portfela
odliczone starannie monety, płaci mrukliwemu kierowcy i wraz z
dziesiątką sennych towarzyszy daje się unosić monotonnemu kołysaniu na
fali nierównego asfaltu. Śpiące miasto lśni łuną rudego poblasku
latarni. Jak kogut, co pieje w podziemiu, rudy jak sadze, na salach Hel, myśli Owen, dyskretnie chowając pod kurtką metalową buteleczkę. Teraz nastała pora nocy i panowanie ciemności. A śmierć zyskała swą władzę. Łyk whiskey smakuje ziemią i torfem; piekłem, które jest zimne i gorące zarazem. ***
Opuścił swoje rodzinne strony, może gnany zewem cygańskiej krwi, której
przymieszka płynie w jego żyłach, a o której najprawdopodobniej nic nie
wie. Ale ja wiem i kiwam teraz ze zrozumieniem głową, patrząc, jak
wyrusza na swoją conocną pielgrzymkę w biało-niebieskim wozie cudów, na
nowe polowanie. Ponieważ jest włamywaczem. *** Kilka lat
pracy w policji dodaje mu pewności siebie. Ale do każdego zadania
podchodzi odpowiedzialnie, choć i po trosze z wrodzoną żyłką
ryzykanctwa. Obserwuje domy długo, kryjąc się w cieniu. Po kilku nocach
jest już niemal w familiarnych stosunkach z mieszkańcami. I nigdy
dokładnie nie wie, kiedy podejmie decyzję o wejściu do wnętrza. Gra
oczekiwania i niepewności przedłuża się, by zakończył ją impuls, jeden
moment decyzji. Nie, nie chodzi o materialną korzyść - czego mogłoby mu brakować? Nie jest małostkowy, więc bierze tylko to, czego potrzebuje. Tylko to, co może objąć wzrokiem - i pamięcią. ***
W mieszkaniach, które odwiedza nocami, tykają zegary i zegarki. Firanki
są – jak to zwykle w Polsce – cienkie i zwiewne, a zasłony ciężkie i
zakurzone. Czasem mija cicho potrzaskujący piec, taki, jak w jego
własnym domu, gdzie podłoga z desek ugina się pod stopami. Czasem
dotyka betonowych ścian mrówkowca. Mija inne niż własna kuchnie,
większe i mniejsze. Wie, gdzie naczynia nocą domywa zmywarka. Zbiera
ogryzki walające się po podłodze w pokojach dziecinnych. Wie, że młoda
dziewczyna z Brackiej, która jest samotna i czyta, jak on, wiele
książek, przy łóżku trzyma zazwyczaj szklankę zimnej, zielonej herbaty.
Kobieta i mężczyzna z dalekiego osiedla na obrzeżach miasta kochali
się, gdy do nich przyszedł, i nie słyszeli go, bo byli szczęśliwi. Ich
dziecko płakało cicho w pokoju obok i wzięło go za ducha. Może nawet
opowiadało im o tym? Wie, gdzie pachnie cynamonem, a gdzie
lekami, które zażywa stara kobieta o pomarszczonej twarzy i śnie
zająca. Gdzie zasypia młody chłopak z podręcznikiem psychopatologii na
kolanach i gdzie ktoś skłonił nieprzytomną od alkoholu głowę między
talerze, kieliszki i pety. Zna rozkład mieszkań. *** Dziś
– dom kobiety o ciemnych włosach, na Gęsiej. Zna ją już nieźle. Mieszka
sama na parterze, wraca późno, zmęczona; w łazience spędza podejrzanie
dużo czasu. Wychodzi owinięta w ręcznik, okno zamyka szczelnie, suszy w
cieple pustego pokoju mokrą głowę, masuje delikatnie skórę karku i
wpuszcza po kilka kropel pachnącego olejku do glinianego kominka,
stojącego na parapecie tuż obok figurki kota, ciemnej plamy na tle
okna. Intryguje go, jaki zapach lubi najbardziej. Być może dziś
się przekona? Musi poczekać jeszcze jakiś czas, bo ona długo zwleka z
pójściem do łóżka. Niebieskie światło monitora sączy się na jej twarz
do późna. Potem wyłącza maszynę, owija się w ciemności kołdrą, być może
zasypia. Owena śmieszy nagła myśl, że zastanie ją przytomną, w sytuacji... Powietrze grudnia jest ostre, zimne, trzeźwiące. Jednak może właśnie ta myśl popycha go teraz, by przeskoczyć barierkę balkonu? *** W
szafach stały książki. Otwierał. Smakował kurz. Na kuchennym blacie –
plama malinowego soku. Ciepło w załomkach świeżej pościeli, pokój pełen
zapachu człowieka. Przekładał z rozmysłem papiery na biurku.
Zgasił świecę w kominku. Niech wie, że był tutaj. Mężczyzna. Tak
blisko, a przecież oddzielony od niej ścianą snu, której nie zdecydował
się rozbić. Jej noc nie została nawiedzona przez inkuba, ale złodzieja,
który nie weźmie nic, prócz satysfakcji z dobrze spełnionego zamysłu. Jednak zerwał gałązkę kwiatu, kwitnącego w donicy na oknie, roztarł w palcach, położył na jej wilgotnych włosach. Pachniały znajomo. Zrozumiale. ***
Kiedy wraca na piechotę do domu, a serce pulsuje szybciej nową dawką
wrażeń, mróz zawiązuje w włóknach szalika resztki woni lawendy i
rozmarynu. Nieufność i pamięć. *** O siódmej przekręca
kurek w łazience. O ósmej będzie już na uczelni i tam ukłoni się na
korytarzu kobiecie, która nie będzie mieć już nic we włosach. Czy wyczuje zapach lawendy z jej własnego pokoju? -
zastanawia się, sięgając po maszynkę do golenia. Nie, na pewno nie - i
nie uśmiechnie się w odpowiedzi na jego uśmiech, bo rzadko to robi;
raczej zdziwi się jego oczekiwaniu na odwzajemnienie. Czy będzie inna niż zwykle? Czy znajoma? ***
W rześkim mrozie ulica lśni jak kryształ, kiedy Owen biegnie do
autobusu. Siada pod oknem, wyciąga książkę, bo choć zna je na pamięć,
lubi kształt tych słów.
Tam, w Jutlandii, w jej starych, Śmierć ludziom niosących parafiach Będę się czuł zagubiony, Nieszczęśliwy, jak u siebie w domu.
Bracka
Jest to pierwszy tekst z cyklu Rysunki na marginesach, poświęconego moim krakowskim znajomym ludziom i miejscom, i samemu miastu. Zapraszam do lektury.
***
Ash ma, o ile wiem, na imię Ewa. Świat nie kręci się wokół niej. To ona buduje go wokół siebie z myśli i słów.
Lubi słowa, jak niektórzy lubią kolorowe szkiełka, porcelanowe figurki,
pocztówki na święta. Obraca je w myślach jak drobne kawałeczki
kamienia. Bada dotykiem, oswaja i pozostawia gdzieś na półkach pamięci.
Głaszcze ukradkiem kafelki w łazience, choć nie do końca wie, że
gładkość glazury łączy się w podświadomej analogii z gładką szybą słów,
która oddziela nas od sensu i prawdy. Zapisała to na pustej kartce, wrzuconej do pieca na początku listopada. Ciepło słów jest fałszywe, a ciepło ognia ma realny wymiar. Ash patrzy na popiół i wie, że dobrze wybrała sobie imię. W popiele odkrywa się rzeczywistą wagę słów. W popiele trwa ślad. Żar. *** Tymczasem na wieży zegar wybija dziewiątą, okno kalendarza otwiera się
na krajobraz grudnia, a Miasto zaczyna powolne przygotowania do dnia.
Niebo osiada ciężko na dachach kamienic, gawrony osiadają szronem nad
Plantami, zdyszany oddech osiada na szybie sklepu z herbatą za zakrętem
na Bracką, kiedy Ash, biegnąc w za dużych i za ciężkich butach na
zajęcia, przyciska nos do szkła, wdycha zapach. Dziewiąta pięć,
brama Instytutu, Gołębia 20, Kraków. Ciemne świecidło jedynej lampy w
sieni i śliskie błoto na szerokiej wycieraczce. Kawa z automatu otwiera
siłą senne oczy, usta wygina w grymas wstrętu. Rzut oka na zegarek.
Zasnęła o drugiej w nocy. Plastikowa łyżeczka i kubek lądują w koszu,
szmer na szerokim korytarzu milknie, skrzypią drzwi, szurają krzesła,
szeleszczą kartki. I na półtorej godziny zapadnie prawie-że-cisza w
Gołębniku. *** Całe Miasto żyje o tej porze na krawędzi snu i
ciszy. Na rachitycznych drzewkach wokół Rynku zamiast liści zawisa
girlanda światełek. Powoli wzrastają budy z ciemnego drewna,
nieodłączny element świątecznej dekoracji. Tłum wpływa w gardziel
Sukiennic i wylewa się z niej, kiedy Ash zamyka oczy i myśli o Scylli i
Charybdzie. O paszczy piekieł, którą romański, szpetny anioł o wielkich
oczach zamknie na ogromny klucz, by pozwolić Lewiatanowi trawić w
spokoju. Stuka ołówkiem w twardą okładkę książki, rozgląda się i widzi
bibliotekę, pachnącą kurzem i ludzkim oddechem, i potem, i perfumami, i
znużeniem. I myśli Ash z rozbawieniem o starej pannie literaturze polskiej, która nie jest kochana.
Wskazówki przesuwają się na godzinę jedenastą trzydzieści.
Bibliotekarz, który nie ma oczu, ale grube tafle lodu, skrywające
oczodoły, unosi dzwoneczek. Na wewnętrznym dziedzińcu – śnieg. ***
Dzień zawisa w połowie, wskazówki obracają się to szybciej, to wolniej,
hejnał z Miasta płynie na falach w Polskę. Gołębnik też płynie na
falach - zimowego snu. Wędrujemy we śnie ścian, korytarzy i bram. ***
W rękach mężczyzny o długich palcach tkwi nieruchomo kot z bazaltu,
kobieta w długim szalu patrzy na kota o chwilę dłużej, niż trzeba, nim
uchyli drzwi. Wymiana ukłonów, przyjazne uśmiechy. Spuszczone powieki.
Wchodząc pomiędzy nich, Ash odwraca wzrok. Czuje się złodziejką. Ile
razy dziennie okrada obcych z samotności, odpowiedniej dla takich chwil?
Nie jest w tym odosobniona. Gołębnik ma tysiące oczu. Tysiące głów
przechowujących obrazy, które być może umrą wkrótce w umysłach samych
bohaterów, ale pozostaną – odarte z podtekstu, znanego tylko
zainteresowanym - w cudzej pamięci. Znaki zmarnowane. Znaki, których nikt nigdy nie odczyta właściwie. Słowa. Symbole. Migawki. *** Ash wrzuca do pieca kolejną kartę. Nie należy próbować utrwalać ułomnych obrazów. Zwłaszcza cudzych.
Kobieta w szalu jest drobna i piękna. Ma ciemne oczy i włosy,
przenikliwy wzrok, a kiedy cofa rękę, by nie dotknąć bazaltowego kota i
trzymającej go dłoni - jest w niej cierpienie. Ash łyka powoli
zieloną, gorzką herbatę, sącząc esencję przez rozmiękłe liście. Karta
zamienia się w popiół. A ona wraca do rzeczywistości. ***
Rzeczywistość Gołębnika to zamknięte sale, w których milczy i słucha
tłum, przeważnie tłum kobiet. Wysokie schody o masywnych poręczach z
betonu. Antyczne posągi z gipsu. Figura muzy, owinięta czerwonym
szalikiem. Dzwoneczek bibliotekarza i zapach rozgrzanych kartek prosto
z kserografu. Rzeczywistość Ash wykracza w ten wtorek poza
Gołębnik, ale o ściśle określonej porze – godzina dziewiętnasta
trzydzieści. Młody doktor literatury współczesnej zabierze jej czas
między szóstą a wpół do ósmej, a ponieważ oboje cenią sobie błyskotliwy
dowcip, nie będzie tego żałowała. Zasłoni lekko usta książką i będzie
patrzeć na wymianę zdań między doktorem a kolegą studentem i uśmiechać
się do nich tak, by o tym nie wiedzieli. Jest to egoistyczna
przyjemność, voyeuryzm nieomal. Ale Ash nie zastanawia się teraz
nad tym. Obraca w pamięci twarz młodej kobiety, unikającej dotknięcia
mężczyzny, którego kocha. Obraca w myśli słowa, którymi można wyrazić
ten moment. Dotyka pióra i cofa dłoń tym samym gestem, którym kobieta
cofnęła palce od tamtych rąk. I myśli o tym, że chciałaby ją pocieszyć. Nie myśli jednak o tym, w jaki sposób. Wraca do domu, do wysokiego, pustego pokoju na ulicy z widokiem na Rynek. Pusta kartka wędruje do pieca. Myśli śpiewają o pięknej ciemnowłosej, w której oczach był ból. Ash zalewa herbatę w rozgrzanym, porcelanowym czajniczku. Lekko przestudzoną wodą. Zaparza. Czeka. ***
Noc wlewa się przez okno i ma kolor rudego płomienia. Kot z bazaltu śpi
na dnie myśli Ash. Ash nie śpi. Na makatce nad łóżkiem wisi obraz. Dwa
kruki. Pusta, zaśnieżona równina. Ash zasłania się przed skrzydłami
kruków książką. Potrwa to długo, nim nie przyjdzie sen. Z nim zaś
krótka chwila przyjemności, gdy w myśli dotknie ciepłego nadgarstka
kobiety. A bazaltowy kot spadnie na kocie łby. Zegar wybija jedenastą. Za pół godziny i dwanaście kolejnych bibliotekarz weźmie między grube palce dzwoneczek. Na śnieg opada pióro kruka. Pod powiekami Ash. Przez amfiladę pokoi idzie północ. Pod śniegiem na Plantach marzną korzenie drzew. Kartki obracają się w palcach. Kartki obracają się w popiół. Popiół jest ciepły. Oddycha. ***
|