Archiwum
RSS
wtorek, 27 czerwca 2006
Gęsia
Trzeci, ostatni obrazek.

***

Na pierwszy rzut oka widać, że wyrzeźbił ją ktoś nieźle znający swój fach, ale pozbawiony estetycznego wyczucia. Nie, nie wygląda śmiesznie. Raczej smutno, z oczami nazbyt dużymi i wypukłym nie tam, gdzie trzeba, policzkiem. Stopy ma jak przepołowione żołędzie, łapki - ścisłe i wklęsłe jak łyżki, bez śladu palców. Ich brzegi ktoś pociągnął czerwoną farbą; mówcie co chcecie, ale nie przypomina to manicure'u.
Mimo to jest w niej coś miękkiego, zupełnie nie-drewnianego; ale czuje to tylko Magda, gdy podnosi ją z półki. Tylko ona, bo zazwyczaj lalka siedzi porządnie ukryta między książkami i nikt, nawet dobrzy znajomi (przyjaciół Magda nie posiada) nie mają okazji jej poznać.
A lalka jest z tego zadowolona. Od kiedy zaczęła sobie zdawać sprawę ze swojego istnienia, cierpnie na samą myśl, że ktoś oprócz Magdy miałby na nią patrzeć. Obie są w familiarnych stosunkach i jej brzydota najwyraźniej Magdzie nie przeszkadza, ale nie ma najmniejszego powodu, aby dzielić się nią z innymi.
Magda ze swej strony dba o zachowanie status quo. Po co ktoś miałby wiedzieć o tym, że ożywiła lalkę?
***
Tego dnia wracała do domu piechotą. Taka mała, jesienna fanaberia - dotrzeć na Gęsią z Krakowskiej na nogach, mimo ulewy i wiatru. Szła przez opustoszałe uliczki Kazimierza, coraz głębiej między brudne podwórka, opadający tynk i zapach stęchlizny. Parasol kołysał się jak małe drzewko na wietrze, kiedy stanęła na rogu i wyciągnęła dłoń, żeby nałapać w nią deszczu. Ktoś przebiegł obok, chyba dziecko. I kopnął jej pod nogi lalkę.
Podniosła ją i obejrzała z zaciekawieniem. Na ulicy akurat zapalano latarnie i lalka w tym pomarańczowym blasku wyglądała jeszcze bardziej nieporadnie i żałośnie, niż zwykle. Magda wyjęła zatem chusteczkę i wytarła ją do sucha. A potem owinęła drugą, bo lalka była zupełnie naga. Wsunęła ją do kieszeni - sztywną i martwą.
Jednak kiedy położyła ją na stole w kuchni, gdy już zdjęła płaszcz, odkręciła kurek ciepłej wody w łazience i odwiesiła parasol do suszenia – poczuła ze zdziwieniem, że pod chustką bije słabiutko małe, drewniane serce.
***
Lalka mieszka na jednej z półek w sypialnianej szafie, zawsze zamkniętej. Nie zna pojęcia więzienie i nie cierpi z tego powodu, że się w nim znajduje, jednak czasem pokusa wyjrzenia poza zamkniętą, ciemną kryjówkę jest zbyt silna. Wtedy Magda, widząc niemą prośbę w jej oczach, nie domyka drzwi. Uważa przy tym, by wybierać dni, gdy nikt na pewno nie może złożyć im wizyty.
Albo noce.
***
Tamtej nocy szafa była lekko uchylona i lalka patrzyła na księżyc.
Tamtej nocy, kiedy w domu pojawił się mężczyzna.
Gdzieś na peryferiach pamięci lalki kołatało - widziałam już podobne do tego stworzenie; na obrazku w książce, którą czytała Magda, trzymając ją na kolanach, a może na ekranie komputera? I chyba na fotografii nad tym wielkim łóżkiem w pokoju lalki, gdzie Magda nigdy nie sypia, zadowalając się tapczanem w pracowni.
Gdyby teraz Magda była tutaj, obroniłaby ją przed obcym! Tymczasem spała za ścianą i nie mogła jej pomóc. Lalka postanowiła więc zamknąć oczy. Jeśli ona go nie widzi, on nie zobaczy jej. Zasłoniła twarz łapkami. Tak dla pewności.
Słyszała tylko, jak wychodzi z pokoju w ciemność, w Magdzine sny.
***
Od tamtej nocy Magda jest niespokojna. Wie, że ktoś był w jej domu, ale policja nie chce pomóc. Nic nie zginęło, to prawda, ale świadomość, że ktoś może wejść tutaj bez żadnych przeszkód, powoduje, że Magda stawia ostrożnie na półce w kuchni buteleczkę z ciemnego szkła, pełną białych krążków. Lalka przygląda się temu nierozumiejącym spojrzeniem. Po raz pierwszy widzi kuchnię i bardzo by chciała, żeby Magda opowiedziała jej o niej. Nie wie, jak się zachować, kiedy Magda chodzi nerwowo z kąta w kąt i przestawia bez potrzeby kubki (kubki, na szczęście, są znajome), nakłada coś na talerz i zaczyna dziobać widelcem, a potem nagle płacze i zrzuca to na podłogę. Talerz rozbija się z hałasem, a lalka zamyka w popłochu oczy.
Uchyla powieki po kilku minutach. Ja go widziałam, próbuje powiedzieć, widziałam go, bałam się tak, jak ty...
Magda kryje twarz w dłoniach.
I nagle czuje sztywne dotknięcie drewna na swoim ramieniu.
***
Kiedy wszedł do pokoju po raz drugi, drzwi szafy były o wiele mniej uchylone niż wtedy, gdy widziała go po raz pierwszy. Poznała go jednak. W świetle lampy u sufitu był tak samo ciemny, jak w nocy, i lalka znów zatrzęsła się ze strachu. Ale Magda wzięła go za rękę i posadziła na łóżku, tam, gdzie zawsze siadała z lalką i książką na kolanach. Nie, to nie było typowe. Mówiła też zupełnie inaczej, nie tym pewnym głosem, którym wydawała polecenia i udzielała rad. Lalce przyszło na myśl, że kiedy rozmawia czasem przez telefon, mówi podobnie. A potem idzie do kuchni. Pewnie po buteleczkę.

Po ostatniej z tych rozmów najpierw wpatrywała się w ciemne szkło, a potem zaczęła układać małe, białe krążki jeden obok drugiego wzdłuż brzegu adamaszkowej narzuty na łóżku w sypialni. Dużo ich było. Siedziały tak obie, patrząc na ten sznureczek. Lalka była cierpliwa. W końcu Magda zrobi z nimi to, co zamierza i zabierze mnie do szafy, pomyślała. Jednak minęła godzina, dwie...
Zegar pokazywał już pierwszą w nocy i bardzo chciało się jej spać, kiedy wreszcie Magda zebrała wszystkie do rąk i wrzuciła – jedną po drugiej – do umywalki. Stuk, stuk, stuk i szum płynącej wody, który zagłuszał szeptane do lustra słowa. Lalka była już jednak zbyt zmęczona, żeby o tym myśleć. Zasnęła, kiedy tylko szafa zamknęła się za nią.

A teraz był tu ten człowiek, przez którego nocną wizytę Magda kupiła nową buteleczkę i być może znowu będzie siedzieć nad krążkami. Zmarszczyła w zamyśleniu nos. Nie powinna się zadawać z tym ciemnym mężczyzną, który myszkował w ludzkich snach.
Jednak nie powiedziała jej o tym.
***
Został na noc i tym razem nie wyszedł przez okno. Magda zdjęła narzutę z adamaszku i zaprosiła go do pustego łóżka w sypialni, zatem lalka mogła patrzeć na niego i na nią za dużymi, wypukłymi oczami z głębi szafy. Oddychali spokojnie. Zasnęła, wsłuchana w ten oddech.
***
Dotąd nie miała snów – aż do tej nocy, kiedy dzieliła ciemność i sen z mężczyzną. Teraz zobaczyła siebie na rogu ulicy. Nie wiedziała, co to jest ulica, nie wiedziała, dlaczego wokół kręci się tak wielu ludzi. Robiło się jednak ciemno, a ona pomyślała, że jest tu sama i bardzo daleko od domu, a na jej brzydką twarz pada deszcz. I wszyscy mogą ją zobaczyć - łysą głowę, za wielkie stopy, usta wybite jednym ciosem dłuta w drewnianej czaszce.
Wyciągnęła wklęsłą dłoń, nie wiedząc po co i do kogo, i schwytała w nią deszcz.
***
Rano Magdalena otworzyła szafę; lalka zmrużyła oczy, bo światło słońca było ostre. Zamrugała powiekami. Stali tam oboje, ten ciemny człowiek i Magda, i lalka poczuła, że serce zaczyna się w niej trzepotać z niepokoju. Magda uśmiechnęła się do do niego.
- Nie bój się - usłyszała jej głos. - Dotknij. Czujesz?
Podniósł ją i przytrzymał przez chwilę. Lalka patrzyła na niego zdziwiona, kiedy wkładał ją delikatnie w ręce Magdy.
- Tak.
21:57, lucy_pym
Link Dodaj komentarz »
Grodzka
Drugi z Rysunków na marginesach.
Inna ulica, inna opowieść.

***

Dzwon na wieży wybija północ i o tej porze Owen opuszcza swoje mieszkanie na ulicy, która przecina wpół Grodzką. Nie znam jej nazwy i on także jej nie zna, a przynajmniej tak twierdzi, może z powodu trudności ze zrozumieniem języka. W zawiłościach polszczyzny czuje się tak samo obco, jak w przyswajanej w college'u łacinie.
Mieszkanie, które zajmuje, jest puste i chłodne. O świcie trzeba wstać i dosypać węgla do pieca, a kuchnia i tak przypomina mu wówczas o bezdrożach Snowdonii późną zimą. Mróz maluje tandetne palemki na szybach, kiedy w czajniku zaczyna wrzeć woda. Za oknem – studnia podwórza. Nad nią – małe, zimne słońce, wycięte z białego światła.
W pokojach - niewiele sprzętów. Na półkach – wiele książek. I radio. Owen uczy młodych Polaków swojego ojczystego języka, musi z nim zatem codziennie obcować, by nie stał się obcy.
***
Pora jest jeszcze wczesna, czeka go daleka droga - najpierw tuż pod wzgórze, na które ktoś nasadził tę nieudolną kompilację architektury obronno–mieszkalnej kilku wieków. Patrzy na nią zawsze z uczuciem zawodu, wspominając zamki swojej rodzinnej ziemi, w których czas zatrzymał się i zastygł, promieniując średniowiecznym majestatem. A tu niespokojne odmiany czasu widać w każdej warstwie muru. Ten zimny kraj jest zmienny nawet w tym, co winno być stałe.
Jednak pogarda dla niestałości miesza się w nim z zazdrością – choć nigdy się do tego nie przyzna – gdy poznaje, że ten zamek żył. Zabalsamowane kamienne mumie Walii nie zmieniły się na jotę.
Jak muszle, w których śpiewa morski wiatr, nad zielenią łąk i zagajników.
***
Zdołał się już nauczyć, że jeśli numer linii rozpoczyna się od cyfry sześć – jest to autobus nocny. Zatem wsiada, wyjmuje z portfela odliczone starannie monety, płaci mrukliwemu kierowcy i wraz z dziesiątką sennych towarzyszy daje się unosić monotonnemu kołysaniu na fali nierównego asfaltu. Śpiące miasto lśni łuną rudego poblasku latarni. Jak kogut, co pieje w podziemiu, rudy jak sadze, na salach Hel, myśli Owen, dyskretnie chowając pod kurtką metalową buteleczkę. Teraz nastała pora nocy i panowanie ciemności. A śmierć zyskała swą władzę. Łyk whiskey smakuje ziemią i torfem; piekłem, które jest zimne i gorące zarazem.
***
Opuścił swoje rodzinne strony, może gnany zewem cygańskiej krwi, której przymieszka płynie w jego żyłach, a o której najprawdopodobniej nic nie wie. Ale ja wiem i kiwam teraz ze zrozumieniem głową, patrząc, jak wyrusza na swoją conocną pielgrzymkę w biało-niebieskim wozie cudów, na nowe polowanie.
Ponieważ jest włamywaczem.
***
Kilka lat pracy w policji dodaje mu pewności siebie. Ale do każdego zadania podchodzi odpowiedzialnie, choć i po trosze z wrodzoną żyłką ryzykanctwa. Obserwuje domy długo, kryjąc się w cieniu. Po kilku nocach jest już niemal w familiarnych stosunkach z mieszkańcami. I nigdy dokładnie nie wie, kiedy podejmie decyzję o wejściu do wnętrza. Gra oczekiwania i niepewności przedłuża się, by zakończył ją impuls, jeden moment decyzji.
Nie, nie chodzi o materialną korzyść - czego mogłoby mu brakować? Nie jest małostkowy, więc bierze tylko to, czego potrzebuje.
Tylko to, co może objąć wzrokiem - i pamięcią.
***
W mieszkaniach, które odwiedza nocami, tykają zegary i zegarki. Firanki są – jak to zwykle w Polsce – cienkie i zwiewne, a zasłony ciężkie i zakurzone. Czasem mija cicho potrzaskujący piec, taki, jak w jego własnym domu, gdzie podłoga z desek ugina się pod stopami. Czasem dotyka betonowych ścian mrówkowca.
Mija inne niż własna kuchnie, większe i mniejsze. Wie, gdzie naczynia nocą domywa zmywarka. Zbiera ogryzki walające się po podłodze w pokojach dziecinnych. Wie, że młoda dziewczyna z Brackiej, która jest samotna i czyta, jak on, wiele książek, przy łóżku trzyma zazwyczaj szklankę zimnej, zielonej herbaty.
Kobieta i mężczyzna z dalekiego osiedla na obrzeżach miasta kochali się, gdy do nich przyszedł, i nie słyszeli go, bo byli szczęśliwi. Ich dziecko płakało cicho w pokoju obok i wzięło go za ducha. Może nawet opowiadało im o tym?
Wie, gdzie pachnie cynamonem, a gdzie lekami, które zażywa stara kobieta o pomarszczonej twarzy i śnie zająca. Gdzie zasypia młody chłopak z podręcznikiem psychopatologii na kolanach i gdzie ktoś skłonił nieprzytomną od alkoholu głowę między talerze, kieliszki i pety.
Zna rozkład mieszkań.
***
Dziś – dom kobiety o ciemnych włosach, na Gęsiej. Zna ją już nieźle. Mieszka sama na parterze, wraca późno, zmęczona; w łazience spędza podejrzanie dużo czasu. Wychodzi owinięta w ręcznik, okno zamyka szczelnie, suszy w cieple pustego pokoju mokrą głowę, masuje delikatnie skórę karku i wpuszcza po kilka kropel pachnącego olejku do glinianego kominka, stojącego na parapecie tuż obok figurki kota, ciemnej plamy na tle okna.
Intryguje go, jaki zapach lubi najbardziej. Być może dziś się przekona? Musi poczekać jeszcze jakiś czas, bo ona długo zwleka z pójściem do łóżka. Niebieskie światło monitora sączy się na jej twarz do późna. Potem wyłącza maszynę, owija się w ciemności kołdrą, być może zasypia.
Owena śmieszy nagła myśl, że zastanie ją przytomną, w sytuacji...
Powietrze grudnia jest ostre, zimne, trzeźwiące.
Jednak może właśnie ta myśl popycha go teraz, by przeskoczyć barierkę balkonu?
***
W szafach stały książki. Otwierał. Smakował kurz. Na kuchennym blacie – plama malinowego soku. Ciepło w załomkach świeżej pościeli, pokój pełen zapachu człowieka.
Przekładał z rozmysłem papiery na biurku. Zgasił świecę w kominku. Niech wie, że był tutaj. Mężczyzna. Tak blisko, a przecież oddzielony od niej ścianą snu, której nie zdecydował się rozbić. Jej noc nie została nawiedzona przez inkuba, ale złodzieja, który nie weźmie nic, prócz satysfakcji z dobrze spełnionego zamysłu.
Jednak zerwał gałązkę kwiatu, kwitnącego w donicy na oknie, roztarł w palcach, położył na jej wilgotnych włosach.
Pachniały znajomo. Zrozumiale.

***
Kiedy wraca na piechotę do domu, a serce pulsuje szybciej nową dawką wrażeń, mróz zawiązuje w włóknach szalika resztki woni lawendy i rozmarynu.
Nieufność i pamięć.
***
O siódmej przekręca kurek w łazience. O ósmej będzie już na uczelni i tam ukłoni się na korytarzu kobiecie, która nie będzie mieć już nic we włosach. Czy wyczuje zapach lawendy z jej własnego pokoju? - zastanawia się, sięgając po maszynkę do golenia. Nie, na pewno nie - i nie uśmiechnie się w odpowiedzi na jego uśmiech, bo rzadko to robi; raczej zdziwi się jego oczekiwaniu na odwzajemnienie.
Czy będzie inna niż zwykle? Czy znajoma?
***
W rześkim mrozie ulica lśni jak kryształ, kiedy Owen biegnie do autobusu. Siada pod oknem, wyciąga książkę, bo choć zna je na pamięć, lubi kształt tych słów.

Tam, w Jutlandii, w jej starych,
Śmierć ludziom niosących parafiach
Będę się czuł zagubiony,
Nieszczęśliwy, jak u siebie w domu.

21:54, lucy_pym
Link Dodaj komentarz »
Bracka
Jest to pierwszy tekst z cyklu Rysunki na marginesach, poświęconego moim krakowskim znajomym ludziom i miejscom, i samemu miastu.
Zapraszam do lektury.

***

Ash ma, o ile wiem, na imię Ewa. Świat nie kręci się wokół niej. To ona buduje go wokół siebie z myśli i słów.

Lubi słowa, jak niektórzy lubią kolorowe szkiełka, porcelanowe figurki, pocztówki na święta. Obraca je w myślach jak drobne kawałeczki kamienia. Bada dotykiem, oswaja i pozostawia gdzieś na półkach pamięci. Głaszcze ukradkiem kafelki w łazience, choć nie do końca wie, że gładkość glazury łączy się w podświadomej analogii z gładką szybą słów, która oddziela nas od sensu i prawdy.
Zapisała to na pustej kartce, wrzuconej do pieca na początku listopada.
Ciepło słów jest fałszywe, a ciepło ognia ma realny wymiar.
Ash patrzy na popiół i wie, że dobrze wybrała sobie imię.
W popiele odkrywa się rzeczywistą wagę słów.
W popiele trwa ślad.
Żar.
***
Tymczasem na wieży zegar wybija dziewiątą, okno kalendarza otwiera się na krajobraz grudnia, a Miasto zaczyna powolne przygotowania do dnia. Niebo osiada ciężko na dachach kamienic, gawrony osiadają szronem nad Plantami, zdyszany oddech osiada na szybie sklepu z herbatą za zakrętem na Bracką, kiedy Ash, biegnąc w za dużych i za ciężkich butach na zajęcia, przyciska nos do szkła, wdycha zapach.
Dziewiąta pięć, brama Instytutu, Gołębia 20, Kraków. Ciemne świecidło jedynej lampy w sieni i śliskie błoto na szerokiej wycieraczce. Kawa z automatu otwiera siłą senne oczy, usta wygina w grymas wstrętu. Rzut oka na zegarek. Zasnęła o drugiej w nocy. Plastikowa łyżeczka i kubek lądują w koszu, szmer na szerokim korytarzu milknie, skrzypią drzwi, szurają krzesła, szeleszczą kartki. I na półtorej godziny zapadnie prawie-że-cisza w Gołębniku.
***
Całe Miasto żyje o tej porze na krawędzi snu i ciszy. Na rachitycznych drzewkach wokół Rynku zamiast liści zawisa girlanda światełek. Powoli wzrastają budy z ciemnego drewna, nieodłączny element świątecznej dekoracji. Tłum wpływa w gardziel Sukiennic i wylewa się z niej, kiedy Ash zamyka oczy i myśli o Scylli i Charybdzie. O paszczy piekieł, którą romański, szpetny anioł o wielkich oczach zamknie na ogromny klucz, by pozwolić Lewiatanowi trawić w spokoju. Stuka ołówkiem w twardą okładkę książki, rozgląda się i widzi bibliotekę, pachnącą kurzem i ludzkim oddechem, i potem, i perfumami, i znużeniem.
I myśli Ash z rozbawieniem o starej pannie literaturze polskiej, która nie jest kochana.
Wskazówki przesuwają się na godzinę jedenastą trzydzieści. Bibliotekarz, który nie ma oczu, ale grube tafle lodu, skrywające oczodoły, unosi dzwoneczek.
Na wewnętrznym dziedzińcu – śnieg.
***
Dzień zawisa w połowie, wskazówki obracają się to szybciej, to wolniej, hejnał z Miasta płynie na falach w Polskę. Gołębnik też płynie na falach - zimowego snu.
Wędrujemy we śnie ścian, korytarzy i bram.
***
W rękach mężczyzny o długich palcach tkwi nieruchomo kot z bazaltu, kobieta w długim szalu patrzy na kota o chwilę dłużej, niż trzeba, nim uchyli drzwi. Wymiana ukłonów, przyjazne uśmiechy. Spuszczone powieki.
Wchodząc pomiędzy nich, Ash odwraca wzrok. Czuje się złodziejką. Ile razy dziennie okrada obcych z samotności, odpowiedniej dla takich chwil?
Nie jest w tym odosobniona. Gołębnik ma tysiące oczu. Tysiące głów przechowujących obrazy, które być może umrą wkrótce w umysłach samych bohaterów, ale pozostaną – odarte z podtekstu, znanego tylko zainteresowanym - w cudzej pamięci.
Znaki zmarnowane. Znaki, których nikt nigdy nie odczyta właściwie.
Słowa. Symbole. Migawki.
***
Ash wrzuca do pieca kolejną kartę. Nie należy próbować utrwalać ułomnych obrazów. Zwłaszcza cudzych.
Kobieta w szalu jest drobna i piękna. Ma ciemne oczy i włosy, przenikliwy wzrok, a kiedy cofa rękę, by nie dotknąć bazaltowego kota i trzymającej go dłoni - jest w niej cierpienie.
Ash łyka powoli zieloną, gorzką herbatę, sącząc esencję przez rozmiękłe liście. Karta zamienia się w popiół. A ona wraca do rzeczywistości.
***
Rzeczywistość Gołębnika to zamknięte sale, w których milczy i słucha tłum, przeważnie tłum kobiet. Wysokie schody o masywnych poręczach z betonu. Antyczne posągi z gipsu. Figura muzy, owinięta czerwonym szalikiem. Dzwoneczek bibliotekarza i zapach rozgrzanych kartek prosto z kserografu.
Rzeczywistość Ash wykracza w ten wtorek poza Gołębnik, ale o ściśle określonej porze – godzina dziewiętnasta trzydzieści. Młody doktor literatury współczesnej zabierze jej czas między szóstą a wpół do ósmej, a ponieważ oboje cenią sobie błyskotliwy dowcip, nie będzie tego żałowała. Zasłoni lekko usta książką i będzie patrzeć na wymianę zdań między doktorem a kolegą studentem i uśmiechać się do nich tak, by o tym nie wiedzieli. Jest to egoistyczna przyjemność, voyeuryzm nieomal.
Ale Ash nie zastanawia się teraz nad tym. Obraca w pamięci twarz młodej kobiety, unikającej dotknięcia mężczyzny, którego kocha. Obraca w myśli słowa, którymi można wyrazić ten moment. Dotyka pióra i cofa dłoń tym samym gestem, którym kobieta cofnęła palce od tamtych rąk.
I myśli o tym, że chciałaby ją pocieszyć.
Nie myśli jednak o tym, w jaki sposób.
Wraca do domu, do wysokiego, pustego pokoju na ulicy z widokiem na Rynek.
Pusta kartka wędruje do pieca. Myśli śpiewają o pięknej ciemnowłosej, w której oczach był ból.
Ash zalewa herbatę w rozgrzanym, porcelanowym czajniczku. Lekko przestudzoną wodą. Zaparza. Czeka.
***
Noc wlewa się przez okno i ma kolor rudego płomienia. Kot z bazaltu śpi na dnie myśli Ash. Ash nie śpi. Na makatce nad łóżkiem wisi obraz. Dwa kruki. Pusta, zaśnieżona równina. Ash zasłania się przed skrzydłami kruków książką. Potrwa to długo, nim nie przyjdzie sen. Z nim zaś krótka chwila przyjemności, gdy w myśli dotknie ciepłego nadgarstka kobiety. A bazaltowy kot spadnie na kocie łby.
Zegar wybija jedenastą. Za pół godziny i dwanaście kolejnych bibliotekarz weźmie między grube palce dzwoneczek.
Na śnieg opada pióro kruka. Pod powiekami Ash.
Przez amfiladę pokoi idzie północ. Pod śniegiem na Plantach marzną korzenie drzew.
Kartki obracają się w palcach.
Kartki obracają się w popiół.
Popiół jest ciepły. Oddycha.
***
21:50, lucy_pym
Link Dodaj komentarz »